CENA POSTĘPU

czyli - kogo spisać na straty.

 

Przyspieszyła nam historia,

za nią truchta polska nacja

krzycząc - gloria i victoria,

niechaj żyje demokracja.

(z kabaretu Olgi Lipińskiej)

 

Oj, przyspieszyła, przyspieszyła. I nie tylko polska nacja truchta z zadyszką usiłując dotrzymać jej kroku. Tempo zmian cywilizacyjnych w XX wieku a szczególnie w drugiej jego połowie zaczyna stwarzać poważne problemy adaptacyjne nie tylko poszczególnym ludziom lecz także całym grupom społecznym, wręcz całym narodom i krajom. Pojęcia takie jak rozwój i postęp (naukowy, techniczny, gospodarczy itp.) zwykle odbierane pozytywnie, dziś coraz częściej wzbudzają - mówiąc oględnie - mieszane uczucia a niekiedy wręcz obawy.

Ciągłe zmiany są nieodłączną cechą naszych dziejów. Rozwijały się i upadały imperia, całe kultury a na ich gruzach barbarzyńcy budowali stopniowo nowe cywilizacje i tworzyli nową kulturę. Upadki kultur i imperiów były zwykle gwałtowne i dramatyczne. Zwycięzcy zaprowadzali własny porządek, pokonani jakoś adaptowali się do nowej sytuacji a tych co nie byli w stanie spisywało się na straty. Po pewnym okresie chaosu i regresu sytuacja jakoś się stabilizowała i zaczynał się nowy rozwój. Wydarzenia takie miały ponadto charakter raczej lokalny. Nawet upadek Cesarstwa Rzymskiego nie miał większego znaczenia dla ówczesnych Indii, Chin czy Japonii. One żyły swoimi problemami i swoim rytmem.

Ze szkolnego nauczania historii wynosimy nieco zdeformowany obraz dziejów. Największy nacisk kładzie się na dzieje wojen, władców i wodzów. Owszem, wojny były istotnym motorem zmian. Ale oprócz władców, wodzów i dzielnego rycerstwa istniał, stanowiący zdecydowaną większość populacji, tzw. "lud", który żył swoimi sprawami i którego owe wojny w znacznym stopniu nie dotyczyły (poza terenami bezpośredniego przemarszu wojsk, dopiero wojny XX wieku nabrały bardziej totalnego charakteru). Także zmiany polityczne i cywilizacyjne będące skutkiem wojen zachodziły w sposób pozwalający ogromnej większości ludzi przystosować się do nich. Ów szeroko rozumiany "lud" mimo wszystko miał poczucie dużej stabilności kulturowej i cywilizacyjnej. Podtrzymywał przez pokolenia swoje wierzenia i zwyczaje, wykonywał swoje czynności zawodowe. Umiejętności i zawód wyuczone w dzieciństwie i młodości wystarczały zwykle na całe życie. Drobne udoskonalenia narzędzi lub metod wytwarzania można było dość łatwo przyswoić sobie w ciągu kilku lat, spokojnie, bez pośpiechu. Mogło więc w umysłach ludzi uformować się przekonanie, że "jako ojce nasze robili takoż i my oraz wnuki nasze czynić będą". Bo i cóż, w ich mniemaniu, mogło się zmienić? Król na tronie, dziedzic we dworze - to naturalne rzeczy. A orać i siać i tak będzie się po dawnemu. Rzemiosło i sztuka wojenna również zmieniały się powoli z pokolenia na pokolenie.

Pierwszym wyraźnym sygnałem przyspieszenia cywilizacyjnego był w Europie (także w Ameryce) wiek XIX ze swoją tzw. "rewolucją przemysłową". Był to proces, którego skutki stały się widoczne już dla jednego pokolenia ludzi i który "spisał na straty" sporą część ówczesnego ziemiaństwa a doprowadził do powstania nowych grup społecznych - najemnych robotników fabryk, właścicieli tychże fabryk, klasy urzędniczej a także do rozrostu miast. To pierwsze zauważalne przyspieszenie zachwiało u sporej grupy ludzi dotychczasowym poczuciem stabilności i niezmienności świata. Rozpoczęty wówczas proces zmian nabrał następnie cech kuli śniegowej sunącej po zboczu góry i zagarniającej coraz większą część społeczeństwa. Dziś dotyczy on nas wszystkich. Nie ma już racji bytu stwierdzenie, że "tak jak ojce nasze robili tak i my...." - o wnukach już nie mówiąc. Przybywa lawinowo nowej wiedzy, dezaktualizują się w ciągu paru lat nabyte umiejętności zawodowe - ba, całe zawody stają się z dnia na dzień zbyteczne. Jeszcze kilkanaście lat temu częsty bywał w fabryce przykład przysłowiowego pana Kazia - fachowca złota rączka - który potrafił wyszlifować jakiś istotny detal z mikronową niemal dokładnością. Pan Kazio był bardzo cenny, niezastąpiony, dyrektor pierwszy mu się kłaniał bo na umiejętnościach pana Kazia cała fabryka stała. I dobrze się żyło panu Kaziowi dopóki ktoś nie wymyślił (a ktoś inny zakupił) maszynę komputerowo sterowaną, która takie detale wykonuje szybciej, sprawniej i dokładniej. Zaś do obsługi tej maszyny potrzebny był już całkiem innego typu fachowiec. Teraz on będzie cenny i ważny. Ale nie na długo. Za kilka lat zmieni się generacja maszyn i komputerów, być może wprowadzi się roboty i nasz nowy cenny fachowiec albo zdąży się przystosować (nauczyć nowych rzeczy) albo będzie spisany na straty. Z resztą, jeśli nawet zdoła przystosować się tym razem, to takich procesów przystosowawczych ma szanse doświadczyć jeszcze kilku w ciągu 30 do 40 lat pracy. Zmienia to całkowicie filozofię życiową ludzi. Nie ma już w niej niczego stałego, żadnych stabilnych punktów odniesienia, stałego systemu wartości, żadnej wartościowej tradycji. Stała jest tylko pogoń za wciąż zmieniającym się i uciekającym jak pociąg światem oraz obawa by nie pozostać na peronie ze starym biletem w ręku.

Na straty da się spisać jednego, drugiego czy setnego pana Kazia. Co natomiast robić z dziesiątkami czy setkami tysięcy nieprzystosowanych rolników, górników, urzędników czy innych ludzi ze zmieniających się gwałtownie zawodów. Oni w swej masie nie dadzą się tak po prostu wyrzucić za nawias. Obserwowane dziś u nas (a kilka lub kilkanaście lat temu w Europie Zachodniej i Ameryce) protesty to jakby krzyk rozpaczy - "nie zmieniajcie tak szybko świata bo nie nadążamy". Jest to całkiem nowe zjawisko społeczne, którego skala i tempo nie mają precedensów w dawniejszej historii.

Problemy i trudności jakie stwarza rozpędzony rozwój naukowo techniczny widać niemal wszędzie, w każdej dziedzinie życia. Przykładowo przyjrzyjmy się problemom edukacji. Już dziś słychać powszechne narzekanie na przeładowane programy szkolne czy uniwersyteckie. A przecież wiedzy o świecie przybywa w tempie wykładniczym. Co z tego wybrać? Co jest ważne i na ile lat tej wiedzy wystarczy? Jak kształcić dziś np. informatyka, jeśli co kilka lat wchodzi nowa generacja procesorów i technologii. Jego pięcioletni pobyt na studiach to w tej branży już niemal epoka. Czego więc i jak uczyć? Jak uczyć zawodu w ciągle zmieniającym się otoczeniu? Niby mówi się o potrzebie kształcenia permanentnego, ale czy wszyscy będą do tego zdolni? Jeśli nie - to na straty. Może w XXI wieku życie większości ludzi w naszym Euro - Amerykańskim kręgu cywilizacyjnym będzie wyglądało następująco: najpierw wydłużony do ok. 25 lat okres nauki (bo przecież trzeba coraz więcej nauczyć się), potem około 10 lat aktywności zawodowej (dopóki wystarczy nabytych umiejętności) a następnie w wieku ok. 35 - 40 lat większość zaczyna schodzić na zawodowy margines, gdyż do szybkich zmian już się nie przystosuje, to się uda tylko niektórym. Interesująca wizja - prawda?

Martwiliśmy się tu powyżej przykładowym informatykiem, któremu wiedza zestarzała się kilka lat po studiach. A przecież do edukacji wyższej nie wszyscy docierają. Tysiące młodych ludzi bez przyzwoitego wykształcenia już niejako na starcie swojego życiorysu zostaje spisanych na straty, często nawet nie przez brak zdolności intelektualnych, tylko dlatego, że mieli pecha urodzić się tam gdzie się urodzili. Oni też będą stwarzać problemy tym lepiej przystosowanym "szczęśliwcom" - już z resztą stwarzają.

Do kompletu dołączmy teraz całe wyrzucone poza nurt rozwoju cywilizacyjnego narody i kraje - prawie całą Afrykę, dużą część Azji i Ameryki Łacińskiej. Różnice pomiędzy nimi a tzw. światem Zachodu są niewyobrażalne. Czy ten świat już ich spisał na straty i tylko nie chce tego głośno powiedzieć? A może stało się tak ku zaskoczeniu Euro-Amerykańskiej części świata, który nie bardzo wie co z tym fantem teraz zrobić i doraźnie wysyła pomoc humanitarną. Można by długo dyskutować o przyczynach zaistnienia krajów tzw. trzeciego czy czwartego świata. Wiele procesów ekonomicznych i kulturowych na to się złożyło. Faktem jest jednak, że to europejski typ kultury i cywilizacji ekspandując na inne kontynenty zdominował inne rodzaje kultur. W pewnym sensie odniósł "sukces" globalny narzucając światu swój system wartości a tę część świata, która go nie przyjęła - spisał na straty.

W drugiej połowie XX wieku istotnym czynnikiem rozwoju naukowego i technologicznego był wyścig dwóch rywalizujących bloków ustrojowych. Napędzał on nie tylko zbrojenia ale i podstawowe badania naukowe oraz podbój kosmosu a wiele rezultatów tych działań przeniknęło do życia codziennego. Z tych dwóch rywalizujących ostro zawodników jeden dostał w końcu zawału i musiał zejść z boiska. Teraz walczy dramatycznie o to by go zwycięska część świata nie spisała na straty. Niewiele brakowało aby Polska znalazła się w tym klubie całkowicie przegranych.

Mówi się, że rewolucje pożerają własne dzieci. Wygląda na to, że rewolucja naukowo techniczna przełomu XX i XXI wieku może zacząć pożerać sama siebie. Wykładnicze tempo rozwoju wiedzy, technologii i rywalizacji staje się coraz trudniejsze do wytrzymania dla samych jego twórców.

W tej chwili ta lawina postępu wciąż jeszcze się rozpędza i narasta. Ale każda lawina dolatuje w końcu z hukiem do podnóża swojej góry i zapada cisza. I wtedy zaczyna się liczyć straty.

 

 

Jerzy Sikorski

(IX. 1998)

 

 


Powrot do strony PUBLICYSTYKA